Z demokracją to miało być tak. Politycy dysponujący różnymi pomysłami na państwo mieli ścierać się w przestrzeni publicznej. Konfrontacja rozmaitych stanowisk prowadzić miała w ten sposób do triumfu racjonalności politycznej. No bo na czym miałaby polegać aktywność rozumu, jeśli nie na ważeniu argumentów? Parlament – zgodnie ze swoją etymologią – miał być miejscem, gdzie się mówi, a mowa – zauważył to już Arystoteles – to coś, co odróżnia człowieka od zwierząt. A więc wypełniona debatami demokracja miała wynieść rodzaj ludzki na wyżyny mądrości racjonalnej, gdzie zamiast autorytetów i przesądów króluje doskonaląca człowieka debata i krytyka.
Tak miało być, ale nie wyszło. Okazało się, że człowiek woli przyjmować gotowe pakiety opinii, zamiast kształtować swoje przekonania za pomocą własnego wysiłku. Jest też istotą do gołej gleby emocjonalną i najpierw lubi albo nie lubi kogoś, a dopiero potem swoje namiętności racjonalizuje. A w ogóle to nie jest i nie będzie bytem rozumnym, wszak rządzi nim ciemne id, toteż najchętniej bzykałby się cały czas, albo mordował kogo popadnie, a nie analizował program Zyty Gilowskiej. Co prawda, cywilizacja wygładziła nieco ludzkie oblicze, co w ogóle umożliwiło tę oświeceniową wiarę w racjonalną debatę. Ale – umówmy się – w Polsce nic takiego nie miało miejsca.
Do czego zmierzam? Ano do tego, że zupełnie spływają po mnie lamenty, jakoby dział się wielki dramat z tego powodu, że “debata w Polsce jest niemerytoryczna”. Nigdy nie była. Lud nie waży racji, tylko kupuje emocje. Miarą politycznej skuteczności jest zatem stworzenie takiego przekazu, który będzie dla ludu – zważywszy na jego przyzwyczajenia, fobie i nadzieje – wiarygodny.
Zamieszczony w: Filozofia polityki